Z pamiętnika studencika 01

Moje obecne życie studenta, a raczej tki, to jest jeden wielki eksperyment, mający na celu zbadanie, czy człowiek tak naprawdę z dupy, może się odnaleźć i utrzymać na prestiżowej uczelni na równie prestiżowym kierunku. O ile jest on prestiżowy, lol.

Pierwszym etapem eksperymentu było oczywiście dostanie się na ten kierunek. Biorąc pod uwagę to, w jaki sposób ja się uczyłam na egzamin wstępny (był taki), to można stwierdzić, że Bóg istnieje i ma dla mnie jakiś szczególny plan. Panie i Panowie, ja się dostałam, chociaż wcale nie powinnam była.

Oczywiście jako produkt uboczny mego eksperymentu, jest całe to cierpienie i ból istnienia, który będzie mi towarzyszył na każdym kroku, ale kto mnie zna, ten wie, że ja masochistka i w głębi duszy mnie to cieszy. Na razie do brzegu dobija drugi tydzień roku akademickiego, ja jeszcze nic nie ogarnęłam, nie wiem, o czym chcę pisać pracę magisterską (tzn. mniej więcej wiem, ale nie mam odpowiednich umiejętności — weźcie, toż ja żywej komórki, nie wspominając o prawdziwym mózgu innym niż świński na wystawie w jakimś lokalu z żarciem, jeszcze na oczy nawet nie widziałam, prehistoryczny mikroskop dzierżyłam w dłoniach pierwszy i ostatni raz w podstawówce, pipetę to raz na zajęciach z genetyki, a już bym chciała hybrydy tworzyć i to jeszcze na ludziach — sprzętu, pieniędzy i tak dalej) ani pod czyją opieką, a jutro mija deadline na złożenie odpowiednich świstków w dziekanacie. Jest za to jeden sukces — nie opuściłam jeszcze żadnych zajęć, a mam na nie naprawdę baaaaaardzo daleko i muszę wstawać o siódmej rano.

A, studiuję neurobiologię, a maturę pisałam z łaciny, polaka i angola. Jak to życie potrafi czasem człowiekiem zarzucić, to by się nikt nie spodziewał.

Advertisements

Najszczęśliwsza jestem nieszczęśliwa

Już dawno temu odkryłam, że najszczęśliwsza jestem nieszczęśliwa. Być może to właśnie dlatego idąc do liceum, wybrałam klasę humanistyczną. Wszak to nad wypracowaniami zazwyczaj najwięcej łez wylewałam, niemalże doprowadzając organizm do odwodnienia, a temu szalonemu wodospadowi rozpaczy wtórował zazwyczaj krzyk poirytowanej mamy. Być może to właśnie dlatego czasami nawet zdarza mi się myśleć, ponieważ myślenie, jak każdy wie, bardzo boli w mózg. To dość fascynujące zjawisko, ponieważ mózg nie posiada receptorów bólowych i ogólnie rzecz biorąc z tego powodu boleć nie powinien, ale jednak od myślenia mu się zdarza. W każdym razie w szkole średniej wylądowałam w humanie, notabene, prawdopodobnie najgorszej klasie w historii mojej najlepszej w mieście szkoły. Najgorszej pod względem zachowania. Niestety nie stało się tak za moją sprawą, bo ja się urodziłam szalenie porządnym i nudnym człowiekiem, z tak mocnym kręgosłupem moralnym, że nie złamałoby go stado pogujących na nim słoni. W humanie było mi oczywiście bardzo źle, co jednak niesamowicie cieszyło moją masochistyczną duszę. Oprócz pisania wypracowań kazano nam czytać poezję, a, jak wiadomo, od poezji serce krwawi chyba nawet bardziej niż od myślenia. Była też matematyka, prowadzona przez córkę Belzebuba, która skutecznie, zamiast mnie rozwinąć, tylko wypaliła mi kortyzolem połowę neuronów (dlatego teraz jestem taka głupia). Drugą połowę wypaliło mi oglądanie chińskich bajek o tematyce, nie powiem jakiej, bo jeszcze odwróci się ode mnie ta garstka ludzi, której zdarza się czasem zamienić ze mną kilka słów.

Najgorszy czas mego licealnego życia przypadł na klasę trzecią. Wtedy to też byłam najbardziej płodna pod względem twórczym. Wiadomo, poziom weny jest wprost proporcjonalny do wielkości odczuwanego Weltschmerzu. Napisałam wówczas tak wspaniałe dzieła, jak „Kamienie”, „Gwiazdy srane” oraz inne cuda, których dla dobra tych nieszczęśliwców, którzy dotarli już tak daleko (pozdrawiam Was serdecznie) nie będę tu cytować. Mój pamiętnik przypominał zaś najwspanialsze dzieła Goethego. Do dziś wzruszam się niesamowicie, kiedy go czytam.

Potem przyszła pora na matury. Jako przykładna humanistka wybrałam oczywiście rozszerzenie z języka polskiego, angielskiego, chociaż nie miałam o nim zielonego pojęcia, bo byłam w klasie dla średniaków oraz podstawę z łaciny. Do dziś zastanawiam się dlaczego. Maturę udało mi się zdać, a jej wynik uświadomił mi, że dupa jestem, nie humanistka i miłośniczka sztuki. 53% z rozszerzonego polskiego, moi mili, żal.pl, ale za to ustny zdałam na 100, bo gadałam o Matrixie, Blade Runnerze oraz Cyberpunku.

Kiedy nadszedł czas wyboru studiów, doszłam do smutnego wniosku, że w Polsce nie ma takiego kierunku, który mógłby mnie zainteresować. Obawiałam się, że w innych krajach też go nie znajdę, ba, nawet w innej galaktyce. Wtedy to jednak całkiem przypadkowo, trafiłam na koningwitystykę. Nikt nie wiedział co to jest, nazwy nie sposób wymówić, stwierdziłam więc, że jest to kierunek odpowiednio dla mnie dziwny. Idę!

No i poszłam. Pierwszego dnia może bym płakała mocno, ale nowi współlokatorzy wyciągnęli nas do Kotłowni (taki klub studencki przy akademikach w Toruniu), płakałam więc milion razy mocniej. Musicie bowiem wiedzieć, że jestem typem wysoce niekompatybilnym ze społeczeństwem, a tego społeczeństwa w owym miejscu było nie dość, że dużo, to jeszcze pijane. Drugiego dnia miałam nadzieję, że sobie poleżę w łóżku i w spokoju oddam się rozmyślaniom na temat kondycji współczesnego świata, niestety przypadło wówczas spotkanie integracyjne mojego roku, na które wbrew własnej woli poszłam, zmuszona przez mamę (telefonicznie). Do tej pory nie wiem jak udało się jej tego dokonać. Być może zagroziła, że nie przyśle mi krokietów i będę musiała jeść własnej roboty paszteciki nadziewane betonem z rozpadającej się klatki schodowej mojego mieszkania, a ja za betonem nigdy nie przepadałam. Nie wspominając o tym, że nie umiałam gotować. Nie wiem też, dlaczego to zrobiła. Kto wie, może liczyła na to, że znormalnieję jak wyjdę do ludzi. Nic bardziej mylnego. W bardzo krótkim czasie okazało się, że na kognitywistykę nikt o zdrowych zmysłach się nie wybiera, (albo po prostu to mi niedane było nikogo takiego poznać) i zamiast lepiej było ze mną tylko jeszcze gorzej.

Toteż udałam się na to spotkanie i mimo moich usilnych prób zagubienia się na starym mieście, dotarłam na czas i pod właściwy adres. Niestety punktualność, to moja dość spora wada. Ludzi było pełno, prawdopodobnie dlatego, że za punkt startu obrano sobie pomnik Kopernika, pod którym tego dnia zbierały się pierwszoroczniaki ze wszystkich możliwych kierunków. Wyglądało to trochę jak przed koncertem Metalliki. Tłum młodzieży, kolorowe światełka, łubudubu z pobliskich lokali. Ucieszyłam się nawet, bo założyłam na siebie glany i skórzaną kurtkę, to prawie tak, jakbym tam pasowała. Po kilkunastu minutach koncert się skończył, właściwi ludzie odnaleźli i ruszyliśmy do jakiegoś baru. Szłam w tym pochodzie, niczym skazaniec na szubienicę, taka byłam szczęśliwa. Gdyby nie to, że do tamtego czasu byłam raczej abstynentką, zapewne jeszcze przed rozpoczęciem imprezy moja świadomość zostałaby pozostawiona w domu pod ciepłym kocykiem, a na miasto chwiejnym krokiem ruszyłaby jedynie moja ludzka powłoka. Ale tak nie było. Nie pamiętam zbyt wiele z tego wieczoru — skutecznie zadziałały mechanizmy wyparcia — poza tym, że z wielkim trudem przyszło mi wypicie Czerwonego Książęcego, które zamówiłam, a z jeszcze większym wydanie na niego pieniędzy.

Kolejne tygodnie, a później miesiące przyniosły jeszcze więcej cierpienia i rozczarowania. Z licealistki stałam się studentką, ale taką bardziej widmo niż realną. Tak bardzo bałam się różnych wykładowców oraz tego, że nie daj Boże, komuś uda się wlać do mojej głowy odrobinę wiedzy, a tym samym przysporzyć ogromnego bólu, że najczęściej szerokim łukiem omijałam wykładowe sale. Czasami zastanawiam się, ile osób z mojego roku tak naprawdę kojarzyło kim jestem. Ja bym siebie nie kojarzyła. Albo bym kojarzyła, bo w tamtym czasie odkryłam w sobie talent do zapamiętywania twarzy. Dlatego wszyscy moi biedni znajomi, którzy kiedykolwiek chociaż raz pokazaliście mi swoje oblicze, możecie być pewni, że rozpoznam Was nawet za 25 lat. I wcale nie wiem, czy mnie to cieszy. No offence.

Ogólnie rzecz biorąc historia o moim byciu studentką, to jest materiał na dość obszerną książkę o regresie osobistym. Chwilowo jednak nie mam czasu, aby zająć się jej pisaniem, ponieważ jestem bardzo zaabsorbowana nauką. Tak, nauką. I pracą. Kiedy jakimś magicznym sposobem zakończyłam przygodę ze studiami i to ze średnią, która spełniła moje życiowe założenie (tzn. nigdy nie spaść poniżej 4) to przez pięć dni i sześć nocy nie mogłam się otrząsnąć. W takim byłam szoku. Kto mnie zna, być może zrozumie dlaczego. Tak właściwie ów szok nie mijał przez kolejne miesiące, które w ostateczności przekształciły się w dwa lata. Dopiero po tym czasie doszłam do siebie i zrozumiałam, że oto najwyższy czas, aby wrócić na łono uczelni. Droga powrotna była długa i wyboista. Biegła przez szare ulice Białorusi, zamarzające rosyjskie ścieki, kazachstańskie stepy, irańskie góry, omańske pustynie, zatłoczone ulice Pakistanu, przeludnione Indie, zasnute chmurami nepalskie góry (tak, moi mili, byłam w Himalajach), upalną Tajlandię, deszczowy Laos, potężne Chiny i jeszcze kilka innych miejsc, w których to przy okazji szukałam bezskutecznie sensu życia. Koniec końców, udało mi się dotrzeć do Krakowa, bo już dawno temu uroiłam sobie, że to tam chcę dalej dręczyć mój umysł i płuca i co tam jeszcze popadnie.

Do tego Krakowa to jechałam, szczerze mówiąc, bez większego przekonania. Chyba bardziej dla jaj, niż na poważnie, bo w ogóle nie wierzyłam, że mogę się dostać na jakiś UJ. Kosmiczna siła postanowiła jednak inaczej, zatem od października rozpoczynam nowy rozdział w moim życiu, ciekawe czy równie bolesny, jak poprzednie…

Chiny Pani nie chcą

Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny, a przynajmniej tak lubią powtarzać zdesperowani ludzie, szukający jakiegoś porządku i głębszego sensu w tym, co im się w życiu przytrafia. Ja też czekam na to, co przyniesie los, też próbuję zrozumieć, o co skurczybykowi chodzi. Jakież to niespodzianki dla mnie szykuje? Dobre? A może wręcz na odwrót? Co czeka tuż za rogiem kolejnego dnia?

Retrospekcje

Eh borze. Czemu takie rzeczy zawsze muszą się mi przytrafiać? Przyjechałam wczoraj (25/04) specjalnie do Laosu, aby zdobyć tutaj wizę chińską i rosyjską, bo słyszałam, że łatwo i spoko, i do Chin niedaleko, i komunizm hula sobie na całego, i palmy rosną, i morza nie ma, i dengę można złapać, nawet malarię! No i poszłam ja dziś cała szczęśliwa do chińskiej ambasady, pan w jednym okienku miło się do mnie uśmiecha i mówi, że po wizę to tam obok się idzie. Zatem ja pełna nadziei idę. Uśmiech na ryj wypełznął, obok tych stresowych pryszczy, które również nie omieszkały się pojawić, i skurcze w brzuchu też wpadły na moment, bo z tych emocji, to nawet śniadania nie zjadłam porządnego. Idę tam obok, patrzę — kolejek nie ma — więc rachu-ciachu mnie załatwią, myślę sobie, będę mogła zaraz jechać na pełną przygód wyprawę do Polski! Będę mogła zachłysnąć się chińskim smogiem! Będę mogła utknąć gdzieś na kirgiskich rozdrożach w oczekiwaniu na jakiś transport! W końcu będę mogła wkurwiać się na całego sytuacją w kraju moim ojczystym! Ale nie. Podchodzę do okienka, stos papierów dzierżąc w jednej dłoni, drugą zdzierając okładkę z paszportu. Ja po wizę, mówię panu, a ten do mnie, że od 19. można dopiero. To ja, że dziś 26. przecież, a on, że od 19 maja, bo od dzisiaj wniosków od obcokrajowców nie przyjmują, o!

Nie powiem, miałam ochotę go udusić, tego Bogu ducha winnego człowieka, który nie potrafił mi nawet wyjaśnić, skąd taki pomysł się pojawił. JESZCZE WCZORAJ BY PRZYJĘLI, ALE DZIŚ NIE. To jest właśnie takie streszczenie całego mojego życia. Jeszcze wczoraj można było, ale już dziś nie. No i ja zawsze wszystko ten dzień po. Ponoć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc ja sobie tylko usiądę i poczekam na to dobre.

Ps. A potem się ludzie dziwią, że ja taka pesymistka jestem, jak ja całe życie pod górę i jeszcze tylko wiatr mi kurde kwasem solnym po oczach daje.

Dzisiaj

Teraz jest już sobota, długi weekend. Trochę czasu zajęło mi wydostanie się więzów wściekłości, a następnie sprawdzenie innych możliwych wizowych opcji w najbliższej okolicy, dlatego też nie ruszyłam przed siebie od razu. Po końcowej i dokładnej analizie sytuacji padła w końcu decyzja następująca — jadę jutro do Malezji, bo tam podobno jeszcze nikt nie zdążył namieszać w procedurach. Do przebycia ponad 2000 km. Nawet mi się nie chce gadać, jak bardzo jestem zła, jak mi się nie chce, jak chętnie po prostu teleportowałabym się do domu. No ale przecież tak łatwo się nie poddam! Kto wie, może po drodze dla odmiany wydarzy się coś fajnego? Może właśnie o to chodzi?

Autostop w Rosji

To ja, jak udaje, że łapie stopa. Było to kilka miesięcy temu na Łotwie, a udawałam tak dobrze, że nawet na ten krzywy ryj zdołałam dojechać do granicy. Za tą granicą to była wielka Rosja, a w tej Rosji zima i czyhający na mnie w krzakach pech.

Pech postanowił zaatakować, kiedy maszerowałam sobie radośnie przed siebie, szukając dogodnego miejsca, w którym mogłabym zamienić się w lodową statuę. No więc tak sobie szłam, śnieg padał, domy wyrastały na poboczu, samochody zaś jechały nad moją głową, bo szłam obok wiaduktu. No i w pewnym momencie znikąd wyskoczył pies i z wyszczerzonymi kłami rzucił się w moją stronę, zapewne, aby okazać swój (zakrapiany krwią zmieszaną ze śliną) afekt. Wiecie, normalnie to bym się ucieszyła, że piesek chce się ze mną pobawić, ale w tamtym momencie nie chciałam stać się poszarpaną mięsną papką, bo ja miałam plany bardziej ambitne — zostanie nierozczłonkowaną statuą lodową. Zatem postanowiłam zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Ku memu nieszczęściu pieprz nigdzie w okolicy nie rósł, pies dalej biegł w moją stronę, śnieg nadal sypał się z nieba, a ja nie miałam zbyt dużego pola do manewrów. Zatem rzuciłam się w stronę wiaduktu, co by się na niego wspiąć i uratować moje członki. Na mojej drodze stanęła jednak, jak mi się zdawało, kałuża. Co tam jakaś kałuża, nic to dla mnie, przeskoczę. No i tak przeskoczyłam, że wylądowałam po pas (z ciężkim plecakiem ciągnącym tak bardzo w dół) w lodowatym, śmierdzącym ścieku.

Wyobrażacie sobie chyba tę radość, która wypełniła wówczas moje serce. Nie dość, że śmierdzącego mięsa pies nie tknie, to jeszcze mokra na tym mrozie szybciej zrealizuję swoje plany!

Kiedy już wygramoliłam się z tego bagna i wspięłam na cholerny wiadukt, to na górze skręciłam kostkę. A to pech.

Człowiek wielu talentów 

Jestem człowiekiem wielu talentów. Bardzo dobrze radzę sobie w wyczynowym leżeniu na kanapie, jestem mistrzem prokrastynacji, umiem śpiewem roztrzaskiwać szyby w promieniu kilkuset metrów oraz doprowadzać ludzi tym samym śpiewem do samobójstwa. Potrafię zagrać na gitarze “wlazł kotek na płotek” oraz intro do “moonlight shadow” (nie wiem czy już wspominałam, że uwielbiam Oldfielda), ugotować barszcz czerwony z gruszek i trawy, przejść pierwszy poziom Mario, a także z klasą łajać ludzi, którzy sobie na to zasłużą. Piszę wybitne wiersze o hemoroidach, które doprowadzają moją mamę do łez (rozpaczy rzecz jasna – że powołała na świat kogoś takiego, jak ja), a także rysuję bardzo ładne i optymistyczne obrazki, których przedstawiciela, gdyby ktoś sobie tego życzył, może obejrzeć u góry tego tekstu.

To by było na tyle.

Lista talentów jest oczywiście znacznie dłuższa, ale życia by mi zabrakło, gdybym wszystkie chciała opisać.

Poza tym mam teraz znaczne ciekawsze rzeczy do roboty, np. fantazjowanie o kimś, kto bez powodu rzuca mi w twarz tysiącem funtow, a następnie odchodzi bez słowa.

Dzikie fantazje

Miewam czasami takie dzikie fantazje, w których spoglądam na te wszystkie najnowsze artykuły badawcze w Nature czy tam innym Science, a w moich oczach wcale nie pojawiają się łzy rozpaczy, tylko błysk zrozumienia. Język angielski jest mi niestraszny, bo znam doskonale ten naukowy slang, wykresy nie wywołują chwilowego porażenia, bo w mig wszystko pojmuję. Tekst pochłaniam w kilkanaście minut, a mój błyskotliwy umysł dokonuje jego krytycznej analizy. Potem wypijam puszkę coli, bo tak się nieszczęśliwie składa, że jestem od niej uzależniona  (jak i od chipsów o smaku cebulki ze śmietanką), a następnie wracam do analizowania komórek glejowych w dziesięciu najinteligentniejszych mózgach świata. No ale to tylko fantazje, bo w rzeczywistości konam właśnie nad podręcznikiem do biochemii, przeklinając głośno dzień, w którym wybrałam  w liceum klasę humanistyczną zamiast biolgiczno – chemicznej.

Taka refleksja, smutne olśnienie

Początki, czemu one zawsze muszą być takie, kurde, trudne? Mam niby jakiś tam pomysł (o borze, ja mam pomysł, JA POMYSŁ MAM!), szkic, mglisty zarys tego, co bym chciała napisać, odpalam więc edytor tekstowy, ten najprostszy, jedyny, jaki posiadam — czyli notatnik w telefonie (ewentualnie wordpad na notebooku dumnie zwanym ideapadem), no i dupa.

Mija jedna minuta, potem kolejna i jeszcze dziesięć następnych, a ja tylko bezmyślnie gapię się w ten migająco irytujący kursor. No i oczywiście bardzo się denerwuję. Bo oto czas leci nieubłaganie, życie mi przez palce wycieka, już widzę na horyzoncie zarys mego nagrobka, mogłabym zrobić milion fajnych rzeczy (np. leżeć na łóżku i gapić się w sufit, ewentualnie liczyć chodzące po nim pająki), ale nie mogę. Bo mam pomysł do opisania, może nawet pomysł nie tak bardzo kijowy, może nawet historię porywającą i mądrą, może nawet taką, za którą będę mogła kupić dziesięć paczek żelków, ale nie mogę jej zacząć! Siedzę więc dalej, kolejne minuty mijają, dziesięć łez zdążyłam wylać, a jedenasta już ześlizguje się śladem poprzednich. Obraz staje się rozmazany, głowa zaczyna boleć, Frodo coś wrzeszczy zza krzaka, Legolas strzela do orków… No i dalej nic.

Wtem myśl mi przychodzi do głowy (rzadko, bo rzadko, ale i tak niezwykłe rzeczy się zdarzają), refleksja taka, smutne oświecenie — ja przecież nie umiem pisać. I nagle przed moimi oczami pojawiają się oto takie obrazki z dzieciństwa, kiedy wypracowania i wszelkie inne prace pisemne zostawiałam zawsze na ostatnią chwilę i potem cierpiąc potworne katusze, ducha prawie oddając niebiosom, wypruwałam sobie żyły próbując stworzyć jakieś sensowne coś złożone z literek, a mama stała nade mną, krzycząc! Czyli w sumie tak jak w tym momencie, z tym że wtedy łzy moje skapywały na papier linią szeroką przyozdobiony, a nie klawiaturę czy tam dotykowy ekran, a za skończone dzieło nikt nie oferował mi dziesięciu paczek żelek, tylko jakieś głupie, bezwartościowe  cyferki. No i mama teraz nade mną nie stoi, bo już jestem na to za stara i za daleko.

Stąd też i pytanie takie formuje się z elektrycznych prądów skaczących gdzieś tam między moimi synapsami — po cholerę ja się za to biorę?

Otóż moi drodzy, sława, pieniądze i wielka kariera! Ktoś kiedyś powiedział, jakiś coach chyba, czy inny osobisty trener – możesz być, kim chcesz (nieważne, że jesteś beztalenciem) – więc ja postanowiłam nie zostawać podróżnikiem blogerowym, tylko pisać (rzeczy mądre) do poważnych, darmowych czasopism online, których nikt nawet nie czyta (oprócz rodziny mojej, mojego chłopaka i kilku innych desperatów, którzy chyba już naprawdę nie wiedzą, co począć ze swoim życiem) i w których większe znaczenie mają zdjęcia (których również robić nie potrafię) niż tekst. Taka to jestem przebiegła! No i jeszcze bzduropisarzem postanowiłam zostać na tej tutaj oto widocznej radosnej stronie.

A tak na poważnie, to chyba jednak lubię się trochę dzielić z innymi tym co widzę, słyszę i czuję, wałęsając się po tym świecie.

Ps. W końcu udało mi się zacząć!

Postać z mojej przyszłej bajki