Już dawno temu odkryłam, że najszczęśliwsza jestem nieszczęśliwa. Być może to właśnie dlatego idąc do liceum, wybrałam klasę humanistyczną. Wszak to nad wypracowaniami zazwyczaj najwięcej łez wylewałam, niemalże doprowadzając organizm do odwodnienia, a temu szalonemu wodospadowi rozpaczy wtórował zazwyczaj krzyk poirytowanej mamy. Być może to właśnie dlatego czasami nawet zdarza mi się myśleć, ponieważ myślenie, jak każdy wie, bardzo boli w mózg. To dość fascynujące zjawisko, ponieważ mózg nie posiada receptorów bólowych i ogólnie rzecz biorąc z tego powodu boleć nie powinien, ale jednak od myślenia mu się zdarza. W każdym razie w szkole średniej wylądowałam w humanie, notabene, prawdopodobnie najgorszej klasie w historii mojej najlepszej w mieście szkoły. Najgorszej pod względem zachowania. Niestety nie stało się tak za moją sprawą, bo ja się urodziłam szalenie porządnym i nudnym człowiekiem, z tak mocnym kręgosłupem moralnym, że nie złamałoby go stado pogujących na nim słoni. W humanie było mi oczywiście bardzo źle, co jednak niesamowicie cieszyło moją masochistyczną duszę. Oprócz pisania wypracowań kazano nam czytać poezję, a, jak wiadomo, od poezji serce krwawi chyba nawet bardziej niż od myślenia. Była też matematyka, prowadzona przez córkę Belzebuba, która skutecznie, zamiast mnie rozwinąć, tylko wypaliła mi kortyzolem połowę neuronów (dlatego teraz jestem taka głupia). Drugą połowę wypaliło mi oglądanie chińskich bajek o tematyce, nie powiem jakiej, bo jeszcze odwróci się ode mnie ta garstka ludzi, której zdarza się czasem zamienić ze mną kilka słów.

Najgorszy czas mego licealnego życia przypadł na klasę trzecią. Wtedy to też byłam najbardziej płodna pod względem twórczym. Wiadomo, poziom weny jest wprost proporcjonalny do wielkości odczuwanego Weltschmerzu. Napisałam wówczas tak wspaniałe dzieła, jak „Kamienie”, „Gwiazdy srane” oraz inne cuda, których dla dobra tych nieszczęśliwców, którzy dotarli już tak daleko (pozdrawiam Was serdecznie) nie będę tu cytować. Mój pamiętnik przypominał zaś najwspanialsze dzieła Goethego. Do dziś wzruszam się niesamowicie, kiedy go czytam.

Potem przyszła pora na matury. Jako przykładna humanistka wybrałam oczywiście rozszerzenie z języka polskiego, angielskiego, chociaż nie miałam o nim zielonego pojęcia, bo byłam w klasie dla średniaków oraz podstawę z łaciny. Do dziś zastanawiam się dlaczego. Maturę udało mi się zdać, a jej wynik uświadomił mi, że dupa jestem, nie humanistka i miłośniczka sztuki. 53% z rozszerzonego polskiego, moi mili, żal.pl, ale za to ustny zdałam na 100, bo gadałam o Matrixie, Blade Runnerze oraz Cyberpunku.

Kiedy nadszedł czas wyboru studiów, doszłam do smutnego wniosku, że w Polsce nie ma takiego kierunku, który mógłby mnie zainteresować. Obawiałam się, że w innych krajach też go nie znajdę, ba, nawet w innej galaktyce. Wtedy to jednak całkiem przypadkowo, trafiłam na koningwitystykę. Nikt nie wiedział co to jest, nazwy nie sposób wymówić, stwierdziłam więc, że jest to kierunek odpowiednio dla mnie dziwny. Idę!

No i poszłam. Pierwszego dnia może bym płakała mocno, ale nowi współlokatorzy wyciągnęli nas do Kotłowni (taki klub studencki przy akademikach w Toruniu), płakałam więc milion razy mocniej. Musicie bowiem wiedzieć, że jestem typem wysoce niekompatybilnym ze społeczeństwem, a tego społeczeństwa w owym miejscu było nie dość, że dużo, to jeszcze pijane. Drugiego dnia miałam nadzieję, że sobie poleżę w łóżku i w spokoju oddam się rozmyślaniom na temat kondycji współczesnego świata, niestety przypadło wówczas spotkanie integracyjne mojego roku, na które wbrew własnej woli poszłam, zmuszona przez mamę (telefonicznie). Do tej pory nie wiem jak udało się jej tego dokonać. Być może zagroziła, że nie przyśle mi krokietów i będę musiała jeść własnej roboty paszteciki nadziewane betonem z rozpadającej się klatki schodowej mojego mieszkania, a ja za betonem nigdy nie przepadałam. Nie wspominając o tym, że nie umiałam gotować. Nie wiem też, dlaczego to zrobiła. Kto wie, może liczyła na to, że znormalnieję jak wyjdę do ludzi. Nic bardziej mylnego. W bardzo krótkim czasie okazało się, że na kognitywistykę nikt o zdrowych zmysłach się nie wybiera, (albo po prostu to mi niedane było nikogo takiego poznać) i zamiast lepiej było ze mną tylko jeszcze gorzej.

Toteż udałam się na to spotkanie i mimo moich usilnych prób zagubienia się na starym mieście, dotarłam na czas i pod właściwy adres. Niestety punktualność, to moja dość spora wada. Ludzi było pełno, prawdopodobnie dlatego, że za punkt startu obrano sobie pomnik Kopernika, pod którym tego dnia zbierały się pierwszoroczniaki ze wszystkich możliwych kierunków. Wyglądało to trochę jak przed koncertem Metalliki. Tłum młodzieży, kolorowe światełka, łubudubu z pobliskich lokali. Ucieszyłam się nawet, bo założyłam na siebie glany i skórzaną kurtkę, to prawie tak, jakbym tam pasowała. Po kilkunastu minutach koncert się skończył, właściwi ludzie odnaleźli i ruszyliśmy do jakiegoś baru. Szłam w tym pochodzie, niczym skazaniec na szubienicę, taka byłam szczęśliwa. Gdyby nie to, że do tamtego czasu byłam raczej abstynentką, zapewne jeszcze przed rozpoczęciem imprezy moja świadomość zostałaby pozostawiona w domu pod ciepłym kocykiem, a na miasto chwiejnym krokiem ruszyłaby jedynie moja ludzka powłoka. Ale tak nie było. Nie pamiętam zbyt wiele z tego wieczoru — skutecznie zadziałały mechanizmy wyparcia — poza tym, że z wielkim trudem przyszło mi wypicie Czerwonego Książęcego, które zamówiłam, a z jeszcze większym wydanie na niego pieniędzy.

Kolejne tygodnie, a później miesiące przyniosły jeszcze więcej cierpienia i rozczarowania. Z licealistki stałam się studentką, ale taką bardziej widmo niż realną. Tak bardzo bałam się różnych wykładowców oraz tego, że nie daj Boże, komuś uda się wlać do mojej głowy odrobinę wiedzy, a tym samym przysporzyć ogromnego bólu, że najczęściej szerokim łukiem omijałam wykładowe sale. Czasami zastanawiam się, ile osób z mojego roku tak naprawdę kojarzyło kim jestem. Ja bym siebie nie kojarzyła. Albo bym kojarzyła, bo w tamtym czasie odkryłam w sobie talent do zapamiętywania twarzy. Dlatego wszyscy moi biedni znajomi, którzy kiedykolwiek chociaż raz pokazaliście mi swoje oblicze, możecie być pewni, że rozpoznam Was nawet za 25 lat. I wcale nie wiem, czy mnie to cieszy. No offence.

Ogólnie rzecz biorąc historia o moim byciu studentką, to jest materiał na dość obszerną książkę o regresie osobistym. Chwilowo jednak nie mam czasu, aby zająć się jej pisaniem, ponieważ jestem bardzo zaabsorbowana nauką. Tak, nauką. I pracą. Kiedy jakimś magicznym sposobem zakończyłam przygodę ze studiami i to ze średnią, która spełniła moje życiowe założenie (tzn. nigdy nie spaść poniżej 4) to przez pięć dni i sześć nocy nie mogłam się otrząsnąć. W takim byłam szoku. Kto mnie zna, być może zrozumie dlaczego. Tak właściwie ów szok nie mijał przez kolejne miesiące, które w ostateczności przekształciły się w dwa lata. Dopiero po tym czasie doszłam do siebie i zrozumiałam, że oto najwyższy czas, aby wrócić na łono uczelni. Droga powrotna była długa i wyboista. Biegła przez szare ulice Białorusi, zamarzające rosyjskie ścieki, kazachstańskie stepy, irańskie góry, omańske pustynie, zatłoczone ulice Pakistanu, przeludnione Indie, zasnute chmurami nepalskie góry (tak, moi mili, byłam w Himalajach), upalną Tajlandię, deszczowy Laos, potężne Chiny i jeszcze kilka innych miejsc, w których to przy okazji szukałam bezskutecznie sensu życia. Koniec końców, udało mi się dotrzeć do Krakowa, bo już dawno temu uroiłam sobie, że to tam chcę dalej dręczyć mój umysł i płuca i co tam jeszcze popadnie.

Do tego Krakowa to jechałam, szczerze mówiąc, bez większego przekonania. Chyba bardziej dla jaj, niż na poważnie, bo w ogóle nie wierzyłam, że mogę się dostać na jakiś UJ. Kosmiczna siła postanowiła jednak inaczej, zatem od października rozpoczynam nowy rozdział w moim życiu, ciekawe czy równie bolesny, jak poprzednie…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s