Początki, czemu one zawsze muszą być takie, kurde, trudne? Mam niby jakiś tam pomysł (o borze, ja mam pomysł, JA POMYSŁ MAM!), szkic, mglisty zarys tego, co bym chciała napisać, odpalam więc edytor tekstowy, ten najprostszy, jedyny, jaki posiadam — czyli notatnik w telefonie (ewentualnie wordpad na notebooku dumnie zwanym ideapadem), no i dupa.

Mija jedna minuta, potem kolejna i jeszcze dziesięć następnych, a ja tylko bezmyślnie gapię się w ten migająco irytujący kursor. No i oczywiście bardzo się denerwuję. Bo oto czas leci nieubłaganie, życie mi przez palce wycieka, już widzę na horyzoncie zarys mego nagrobka, mogłabym zrobić milion fajnych rzeczy (np. leżeć na łóżku i gapić się w sufit, ewentualnie liczyć chodzące po nim pająki), ale nie mogę. Bo mam pomysł do opisania, może nawet pomysł nie tak bardzo kijowy, może nawet historię porywającą i mądrą, może nawet taką, za którą będę mogła kupić dziesięć paczek żelków, ale nie mogę jej zacząć! Siedzę więc dalej, kolejne minuty mijają, dziesięć łez zdążyłam wylać, a jedenasta już ześlizguje się śladem poprzednich. Obraz staje się rozmazany, głowa zaczyna boleć, Frodo coś wrzeszczy zza krzaka, Legolas strzela do orków… No i dalej nic.

Wtem myśl mi przychodzi do głowy (rzadko, bo rzadko, ale i tak niezwykłe rzeczy się zdarzają), refleksja taka, smutne oświecenie — ja przecież nie umiem pisać. I nagle przed moimi oczami pojawiają się oto takie obrazki z dzieciństwa, kiedy wypracowania i wszelkie inne prace pisemne zostawiałam zawsze na ostatnią chwilę i potem cierpiąc potworne katusze, ducha prawie oddając niebiosom, wypruwałam sobie żyły próbując stworzyć jakieś sensowne coś złożone z literek, a mama stała nade mną, krzycząc! Czyli w sumie tak jak w tym momencie, z tym że wtedy łzy moje skapywały na papier linią szeroką przyozdobiony, a nie klawiaturę czy tam dotykowy ekran, a za skończone dzieło nikt nie oferował mi dziesięciu paczek żelek, tylko jakieś głupie, bezwartościowe  cyferki. No i mama teraz nade mną nie stoi, bo już jestem na to za stara i za daleko.

Stąd też i pytanie takie formuje się z elektrycznych prądów skaczących gdzieś tam między moimi synapsami — po cholerę ja się za to biorę?

Otóż moi drodzy, sława, pieniądze i wielka kariera! Ktoś kiedyś powiedział, jakiś coach chyba, czy inny osobisty trener – możesz być, kim chcesz (nieważne, że jesteś beztalenciem) – więc ja postanowiłam nie zostawać podróżnikiem blogerowym, tylko pisać (rzeczy mądre) do poważnych, darmowych czasopism online, których nikt nawet nie czyta (oprócz rodziny mojej, mojego chłopaka i kilku innych desperatów, którzy chyba już naprawdę nie wiedzą, co począć ze swoim życiem) i w których większe znaczenie mają zdjęcia (których również robić nie potrafię) niż tekst. Taka to jestem przebiegła! No i jeszcze bzduropisarzem postanowiłam zostać na tej tutaj oto widocznej radosnej stronie.

A tak na poważnie, to chyba jednak lubię się trochę dzielić z innymi tym co widzę, słyszę i czuję, wałęsając się po tym świecie.

Ps. W końcu udało mi się zacząć!

Postać z mojej przyszłej bajki
Advertisements

One thought on “Taka refleksja, smutne olśnienie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s