Chiny Pani nie chcą

Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny, a przynajmniej tak lubią powtarzać zdesperowani ludzie, szukający jakiegoś porządku i głębszego sensu w tym, co im się w życiu przytrafia. Ja też czekam na to, co przyniesie los, też próbuję zrozumieć, o co skurczybykowi chodzi. Jakież to niespodzianki dla mnie szykuje? Dobre? A może wręcz na odwrót? Co czeka tuż za rogiem kolejnego dnia?

Retrospekcje

Eh borze. Czemu takie rzeczy zawsze muszą się mi przytrafiać? Przyjechałam wczoraj (25/04) specjalnie do Laosu, aby zdobyć tutaj wizę chińską i rosyjską, bo słyszałam, że łatwo i spoko, i do Chin niedaleko, i komunizm hula sobie na całego, i palmy rosną, i morza nie ma, i dengę można złapać, nawet malarię! No i poszłam ja dziś cała szczęśliwa do chińskiej ambasady, pan w jednym okienku miło się do mnie uśmiecha i mówi, że po wizę to tam obok się idzie. Zatem ja pełna nadziei idę. Uśmiech na ryj wypełznął, obok tych stresowych pryszczy, które również nie omieszkały się pojawić, i skurcze w brzuchu też wpadły na moment, bo z tych emocji, to nawet śniadania nie zjadłam porządnego. Idę tam obok, patrzę — kolejek nie ma — więc rachu-ciachu mnie załatwią, myślę sobie, będę mogła zaraz jechać na pełną przygód wyprawę do Polski! Będę mogła zachłysnąć się chińskim smogiem! Będę mogła utknąć gdzieś na kirgiskich rozdrożach w oczekiwaniu na jakiś transport! W końcu będę mogła wkurwiać się na całego sytuacją w kraju moim ojczystym! Ale nie. Podchodzę do okienka, stos papierów dzierżąc w jednej dłoni, drugą zdzierając okładkę z paszportu. Ja po wizę, mówię panu, a ten do mnie, że od 19. można dopiero. To ja, że dziś 26. przecież, a on, że od 19 maja, bo od dzisiaj wniosków od obcokrajowców nie przyjmują, o!

Nie powiem, miałam ochotę go udusić, tego Bogu ducha winnego człowieka, który nie potrafił mi nawet wyjaśnić, skąd taki pomysł się pojawił. JESZCZE WCZORAJ BY PRZYJĘLI, ALE DZIŚ NIE. To jest właśnie takie streszczenie całego mojego życia. Jeszcze wczoraj można było, ale już dziś nie. No i ja zawsze wszystko ten dzień po. Ponoć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc ja sobie tylko usiądę i poczekam na to dobre.

Ps. A potem się ludzie dziwią, że ja taka pesymistka jestem, jak ja całe życie pod górę i jeszcze tylko wiatr mi kurde kwasem solnym po oczach daje.

Dzisiaj

Teraz jest już sobota, długi weekend. Trochę czasu zajęło mi wydostanie się więzów wściekłości, a następnie sprawdzenie innych możliwych wizowych opcji w najbliższej okolicy, dlatego też nie ruszyłam przed siebie od razu. Po końcowej i dokładnej analizie sytuacji padła w końcu decyzja następująca — jadę jutro do Malezji, bo tam podobno jeszcze nikt nie zdążył namieszać w procedurach. Do przebycia ponad 2000 km. Nawet mi się nie chce gadać, jak bardzo jestem zła, jak mi się nie chce, jak chętnie po prostu teleportowałabym się do domu. No ale przecież tak łatwo się nie poddam! Kto wie, może po drodze dla odmiany wydarzy się coś fajnego? Może właśnie o to chodzi?

Autostop w Rosji

To ja, jak udaje, że łapie stopa. Było to kilka miesięcy temu na Łotwie, a udawałam tak dobrze, że nawet na ten krzywy ryj zdołałam dojechać do granicy. Za tą granicą to była wielka Rosja, a w tej Rosji zima i czyhający na mnie w krzakach pech.

Pech postanowił zaatakować, kiedy maszerowałam sobie radośnie przed siebie, szukając dogodnego miejsca, w którym mogłabym zamienić się w lodową statuę. No więc tak sobie szłam, śnieg padał, domy wyrastały na poboczu, samochody zaś jechały nad moją głową, bo szłam obok wiaduktu. No i w pewnym momencie znikąd wyskoczył pies i z wyszczerzonymi kłami rzucił się w moją stronę, zapewne, aby okazać swój (zakrapiany krwią zmieszaną ze śliną) afekt. Wiecie, normalnie to bym się ucieszyła, że piesek chce się ze mną pobawić, ale w tamtym momencie nie chciałam stać się poszarpaną mięsną papką, bo ja miałam plany bardziej ambitne — zostanie nierozczłonkowaną statuą lodową. Zatem postanowiłam zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Ku memu nieszczęściu pieprz nigdzie w okolicy nie rósł, pies dalej biegł w moją stronę, śnieg nadal sypał się z nieba, a ja nie miałam zbyt dużego pola do manewrów. Zatem rzuciłam się w stronę wiaduktu, co by się na niego wspiąć i uratować moje członki. Na mojej drodze stanęła jednak, jak mi się zdawało, kałuża. Co tam jakaś kałuża, nic to dla mnie, przeskoczę. No i tak przeskoczyłam, że wylądowałam po pas (z ciężkim plecakiem ciągnącym tak bardzo w dół) w lodowatym, śmierdzącym ścieku.

Wyobrażacie sobie chyba tę radość, która wypełniła wówczas moje serce. Nie dość, że śmierdzącego mięsa pies nie tknie, to jeszcze mokra na tym mrozie szybciej zrealizuję swoje plany!

Kiedy już wygramoliłam się z tego bagna i wspięłam na cholerny wiadukt, to na górze skręciłam kostkę. A to pech.

Człowiek wielu talentów 

Jestem człowiekiem wielu talentów. Bardzo dobrze radzę sobie w wyczynowym leżeniu na kanapie, jestem mistrzem prokrastynacji, umiem śpiewem roztrzaskiwać szyby w promieniu kilkuset metrów oraz doprowadzać ludzi tym samym śpiewem do samobójstwa. Potrafię zagrać na gitarze “wlazł kotek na płotek” oraz intro do “moonlight shadow” (nie wiem czy już wspominałam, że uwielbiam Oldfielda), ugotować barszcz czerwony z gruszek i trawy, przejść pierwszy poziom Mario, a także z klasą łajać ludzi, którzy sobie na to zasłużą. Piszę wybitne wiersze o hemoroidach, które doprowadzają moją mamę do łez (rozpaczy rzecz jasna – że powołała na świat kogoś takiego, jak ja), a także rysuję bardzo ładne i optymistyczne obrazki, których przedstawiciela, gdyby ktoś sobie tego życzył, może obejrzeć u góry tego tekstu.

To by było na tyle.

Lista talentów jest oczywiście znacznie dłuższa, ale życia by mi zabrakło, gdybym wszystkie chciała opisać.

Poza tym mam teraz znaczne ciekawsze rzeczy do roboty, np. fantazjowanie o kimś, kto bez powodu rzuca mi w twarz tysiącem funtow, a następnie odchodzi bez słowa.

Dzikie fantazje

Miewam czasami takie dzikie fantazje, w których spoglądam na te wszystkie najnowsze artykuły badawcze w Nature czy tam innym Science, a w moich oczach wcale nie pojawiają się łzy rozpaczy, tylko błysk zrozumienia. Język angielski jest mi niestraszny, bo znam doskonale ten naukowy slang, wykresy nie wywołują chwilowego porażenia, bo w mig wszystko pojmuję. Tekst pochłaniam w kilkanaście minut, a mój błyskotliwy umysł dokonuje jego krytycznej analizy. Potem wypijam puszkę coli, bo tak się nieszczęśliwie składa, że jestem od niej uzależniona  (jak i od chipsów o smaku cebulki ze śmietanką), a następnie wracam do analizowania komórek glejowych w dziesięciu najinteligentniejszych mózgach świata. No ale to tylko fantazje, bo w rzeczywistości konam właśnie nad podręcznikiem do biochemii, przeklinając głośno dzień, w którym wybrałam  w liceum klasę humanistyczną zamiast biolgiczno – chemicznej.

Taka refleksja, smutne olśnienie

Początki, czemu one zawsze muszą być takie, kurde, trudne? Mam niby jakiś tam pomysł (o borze, ja mam pomysł, JA POMYSŁ MAM!), szkic, mglisty zarys tego, co bym chciała napisać, odpalam więc edytor tekstowy, ten najprostszy, jedyny, jaki posiadam — czyli notatnik w telefonie (ewentualnie wordpad na notebooku dumnie zwanym ideapadem), no i dupa.

Mija jedna minuta, potem kolejna i jeszcze dziesięć następnych, a ja tylko bezmyślnie gapię się w ten migająco irytujący kursor. No i oczywiście bardzo się denerwuję. Bo oto czas leci nieubłaganie, życie mi przez palce wycieka, już widzę na horyzoncie zarys mego nagrobka, mogłabym zrobić milion fajnych rzeczy (np. leżeć na łóżku i gapić się w sufit, ewentualnie liczyć chodzące po nim pająki), ale nie mogę. Bo mam pomysł do opisania, może nawet pomysł nie tak bardzo kijowy, może nawet historię porywającą i mądrą, może nawet taką, za którą będę mogła kupić dziesięć paczek żelków, ale nie mogę jej zacząć! Siedzę więc dalej, kolejne minuty mijają, dziesięć łez zdążyłam wylać, a jedenasta już ześlizguje się śladem poprzednich. Obraz staje się rozmazany, głowa zaczyna boleć, Frodo coś wrzeszczy zza krzaka, Legolas strzela do orków… No i dalej nic.

Wtem myśl mi przychodzi do głowy (rzadko, bo rzadko, ale i tak niezwykłe rzeczy się zdarzają), refleksja taka, smutne oświecenie — ja przecież nie umiem pisać. I nagle przed moimi oczami pojawiają się oto takie obrazki z dzieciństwa, kiedy wypracowania i wszelkie inne prace pisemne zostawiałam zawsze na ostatnią chwilę i potem cierpiąc potworne katusze, ducha prawie oddając niebiosom, wypruwałam sobie żyły próbując stworzyć jakieś sensowne coś złożone z literek, a mama stała nade mną, krzycząc! Czyli w sumie tak jak w tym momencie, z tym że wtedy łzy moje skapywały na papier linią szeroką przyozdobiony, a nie klawiaturę czy tam dotykowy ekran, a za skończone dzieło nikt nie oferował mi dziesięciu paczek żelek, tylko jakieś głupie, bezwartościowe  cyferki. No i mama teraz nade mną nie stoi, bo już jestem na to za stara i za daleko.

Stąd też i pytanie takie formuje się z elektrycznych prądów skaczących gdzieś tam między moimi synapsami — po cholerę ja się za to biorę?

Otóż moi drodzy, sława, pieniądze i wielka kariera! Ktoś kiedyś powiedział, jakiś coach chyba, czy inny osobisty trener – możesz być, kim chcesz (nieważne, że jesteś beztalenciem) – więc ja postanowiłam nie zostawać podróżnikiem blogerowym, tylko pisać (rzeczy mądre) do poważnych, darmowych czasopism online, których nikt nawet nie czyta (oprócz rodziny mojej, mojego chłopaka i kilku innych desperatów, którzy chyba już naprawdę nie wiedzą, co począć ze swoim życiem) i w których większe znaczenie mają zdjęcia (których również robić nie potrafię) niż tekst. Taka to jestem przebiegła! No i jeszcze bzduropisarzem postanowiłam zostać na tej tutaj oto widocznej radosnej stronie.

A tak na poważnie, to chyba jednak lubię się trochę dzielić z innymi tym co widzę, słyszę i czuję, wałęsając się po tym świecie.

Ps. W końcu udało mi się zacząć!

Postać z mojej przyszłej bajki

Niebzdury 

Czasami oprócz bzdur zdarza mi się pisać mądre rzeczy. Na przykład raz napisałam pracę licencjacką,  która zawierała w sobie bardzo wiele błyskotliwych zwrotów i równie ciekawych obrazków. Zaszalałam wtedy, bo obrazki były kolorowe, a stron w tej pracy było ponad pięćdziesiąt! Innym razem napisałam esej, który zdobył wyróżnienie w klasowym konkursie. Było to na studiach, czyli dawno temu, a wyróżniał profesor, którego bałam się najbardziej na świecie, czyli ten od neurofizjologii i neurobiologii  (tak się ten strach u mnie zakorzenił, że postanowiłam nawet iść na studia magisterskie z neurobiologii, bo oprócz bycia człowiekiem, ktory swą duszę nosi rozwleczoną na dłoni, jak jakąś niemodną rękawiczkę, jestem również masochistką). A ostatnio zdarzyło mi się napisać artykuł, i to taki artykuł, który został opublikowany w gazecie! Gazeta ta, to niestety nie jest National Geographic i rzadko można ją znaleźć w formie fizycznej,  ale za to jest za darmo. A tutaj link do niej, gdyby ktoś był zainteresowany.

Wiosna, która czołgiem przyjechała

Długo się nad tym zastanawiałam, dokonałam miliona analiz, nawet w gwiazdach czytałam i w fusach po herbacie oraz w popękanych płytach chodnika. No i doszłam do wniosku, że ja to jednak się nie nadaję do życia na tej planecie. Jestem nieszkodliwa, bardzo nieśmiała, uprzejma, zawsze można liczyć na moją pomoc (oprócz tych momentów, kiedy nie można, ale to rzadko, np. wtedy, gdy ktoś chce zamordować niewinną osobę albo zabrać bambusa małej pandzie). Zwierzęta są bliskie memu sercu i nigdy w życiu bym nikogo ani niczego nie skrzywdziła, ani celowo nie uraziła, bo ja lubię żyć w zgodzie z innymi. Nawet kurde z pisowcami. Ilekroć jednak wejdę w interakcje z ludźmi (nie ma znaczenia czy to w świecie realnym, czy tym wirtualnym) to się na nowo zaskakuję i utwierdzam w przekonaniu, że to nie dla mnie, że lepiej mi było siedzieć w mej osamotnionej fortecy, otoczonej murem z książek Kinga i innych rozpraw o egzorcyzmach i ufo. Kurde. Nie znacie mnie, ale uwierzcie na słowo, że ja jestem człowiek, co swą duszę na dłoni nosi rozwleczoną, jak jakąś niemodną rękawiczkę i każdy, kto ma ochotę, może ją łatwo zerwać, wrzucić w kałużę, zrobić na nią kupę i dodatkowo podziurawić niedopałkami papierosów. A ja wówczas uronię łzę, ale nic nie powiem. Tańcz na moim truchle, jeśli sprawia Ci to radość! Dobra, może czasami bywam cyniczna, a i sarkazm mogłabym schować sobie głęboko  w kieszeń (najlepiej tę wewnętrzną pod polarem i niebieską bluzką, żeby trudniej było się dostać), no ale jak tu zachować zimną krew,gdy ktoś pierdoli głupoty? Ale i tak rzadko kiedy zabieram głos, najczęściej w ogóle go nie zabieram,  zostawiam w gardle i tylko odwracam wzrok i zaczynam liczyć kryształy soli rozsypane na moim biurku. W każdym razie tak jak nie cierpię ludzi, tak też równie mocno ich kocham (wiem, że bez wzajemności) i strasznie boli, jak ktoś bez powodu daje mi bana i nie raczy wytłumaczyć dlaczego (za bycie miłą mną? 😭 dlatego, że napisałam, że wiosna czołgiem przyjechała?). Dlatego też uznałam, że zamilknę na wieki. Umywalka już czeka, od wczoraj kap, kap, kropla po kropli zbiera się tam moja gorycz i łzy rozpaczy, w których to postanowiłam się utopić. Drodzy (urojeni) przyjaciele, chciałam tylko powiedzieć, że miło mi tu z Wami było, chociaż krótko. Mam nadzieję, że mój durny i rzadko jednak okazywany humor nikogo aż tak bardzo nie uraził i w ogóle.  Do usłyszenia kiedyś tam może na innej planecie. Nie zatracajcie wiary w ludzkość (tak jak ja straciłam), nie każdy jest imbecylem.